Historia oskarżenia św. Gerarda nie zakończyła się wraz z opuszczeniem Pagani. Choć św. Alfons stopniowo zaczynał dostrzegać niewinność brata, oskarżenie wciąż pozostawało niewyjaśnione. Gerard przyjmował tę sytuację w milczeniu, powierzając wszystko Bogu.
Podczas choroby, która dotknęła go pod koniec maja, wydarzyło się coś, co dobrze pokazuje głębię jego życia duchowego. Pewnego wieczoru o. Caione modlił się z Gerardem, czytając książkę św. Alfonsa o powołaniu zakonnym. Gdy doszedł do rozdziału o miłości Chrystusa, zauważył, że Gerard przez dłuższy czas pozostawał nieruchomy, z oczami utkwionymi w jednym punkcie. Zrozumiał, że brat trwa w ekstazie, całkowicie zatopiony w Bogu.
Wkrótce Gerard został wysłany do Ciorani, gdzie miał przebywać pod szczególną obserwacją. Mimo uważnej kontroli nie znaleziono w jego zachowaniu żadnego przewinienia. Nie skarżył się na niesprawiedliwe traktowanie ani nie próbował się bronić. Wszystko powierzał Jezusowi i Maryi.
Następnie udał się do Caposele. To właśnie tam wydarzyło się niezwykłe zdarzenie. Gerard otrzymał pozwolenie, aby w sobotę wieczorem pozostać samemu w swojej celi i przygotować się do niedzielnej Komunii Świętej. Następnego ranka nigdzie nie można było go znaleźć. Przeszukano celę i cały klasztor, ale bez rezultatu.
Kiedy jednak nadeszła pora Mszy i Komunii Świętej, Gerard nagle pojawił się na korytarzu, spokojnie zmierzając do kościoła. Zapytany, gdzie był przez cały poranek, odpowiedział po prostu: „W celi”.
Jak to możliwe, skoro właśnie tam go szukano?
Gerard wyjaśnił, że podczas modlitwy prosił Jezusa, aby uczynił go niewidzialnym, tak aby nikt nie przeszkadzał mu w spotkaniu z Nim. „I otóż wysłuchał mnie” – powiedział.
Ta niezwykła historia nie była dla Gerarda powodem do chwały. Była raczej kolejnym świadectwem jego prostoty, posłuszeństwa i całkowitego zaufania Bogu. Nawet wtedy, gdy inni go nie rozumieli, Gerard pozostawał wierny temu, co było dla niego najważniejsze – miłości do Jezusa.

