
Tajemniczy mężczyzna, ubrany w czarny habit, w otoczeniu dzieci, z krzyżem w dłoni i bez uśmiechu na twarzy – podpisany: Gerard Majella. Od dziecięcych lat tak właśnie obserwowałam, siedząc w pachnącej lakierowanym drewnem ławce, malunek św. Gerarda umieszczony pod sufitem mojej parafii.
Należałam do Ruchu Światło-Życie, prowadzonego przez ojców redemptorystów, którzy bardzo dbali o to, aby każdy z nas znał przynajmniej odrobinę historii świętych związanych z ich zgromadzeniem. Dzięki temu wiedziałam, kim był św. Gerard. Nie mogę jednak powiedzieć, że jego historia szczególnie mnie wtedy poruszyła – po prostu był. Wiedziałam, że jest ważną postacią dla redemptorystów, a oni sami byli ważną częścią życia naszej parafii. Na tym etapie moja przygoda ze św. Gerardem na długo się zakończyła.
Wyjechałam na wymarzone studia, gdzie po długich modlitwach – i niejednej kłótni z Panem Bogiem – odnalazłam mój pierwszy wielki prezent: mojego męża. Od pierwszego spotkania wiedzieliśmy, że całe Niebo bardzo chce naszego małżeństwa. Dziś widzimy wyraźnie, że już wtedy każda część naszego wspólnego życia (i pewnie nie tylko naszego) była zaplanowana i zaopiekowana przez Trójcę Świętą wraz ze świętymi.
Nie oznacza to jednak, że wszystko było sielanką. Mierzyliśmy się z wieloma trudnymi sytuacjami, które emocjonalnie ściągały nas w dół i sprawiały, że wcale nie czuliśmy bliskości Boga. Od początku naszej relacji wiedzieliśmy jednak jedno: oboje marzymy o pełnej rodzinie, o dzieciach, które będą wnosić radość w nasze życie, dlatego od początku małżeństwa staraliśmy się o nowe życie.
Obserwując nasze otoczenie, wiedzieliśmy, że czasem trzeba trochę poczekać, więc zaczęliśmy bez presji. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy po dwóch latach małżeństwa absolutnie nic się nie wydarzyło.
Myślę, że tym, co nie pozwoliło nam zwątpić, było wcześniejsze doświadczenie Boga oraz nadzieja oparta na ogromnej tęsknocie za dzieckiem.
Rozpoczęliśmy serię badań i diagnostykę, by sprawdzić, co z medycznego punktu widzenia może być przyczyną, a z każdym kolejnym badaniem, które wychodziło książkowo, pragnienie rosło – podobnie jak bezsilność.
Mniej więcej w tym czasie nasi rodzice byli na pielgrzymce we Włoszech. Odwiedzili tam św. Gerarda i przywieźli nam chusteczkę, przypominając, że jest taki święty. To był moment, w którym zaczęliśmy intensywnie się modlić, prosząc św. Gerarda o pomoc. Nowenny, modlitwy – podeszliśmy do tego bardzo łapczywie, chcąc, aby „zadziałało” szybko i nie chcąc dłużej czekać.
Minęło jednak trochę czasu i w końcu mieliśmy dość. Stwierdziliśmy, że ten święty „nie działa” tak, jak miał działać, że nic się nie dzieje, więc -dość obrażeni – odłożyliśmy modlitewnik na półkę, trochę szukając innego „skutecznego” świętego, a trochę po prostu się poddając.
Mijały kolejne miesiące, aż w końcu dowiedzieliśmy się o bakterii, która mogła utrudniać nam poczęcie dziecka. Tego samego dnia zadzwonił do nas zaprzyjaźniony kapłan, który również wrócił od św. Gerarda. Przekazał nam kolejną chusteczkę i powiedział, że Gerard działa i że już niedługo będziemy się cieszyć. Na nowo dostaliśmy nadzieję i zapewnienie, że nie jesteśmy sami, choć mój mąż podchodził do tego z dystansem, bojąc się kolejnej porażki.
Zakończyliśmy leczenie i wspólnie z lekarzem ustaliliśmy, że dajemy sobie trzy miesiące odpoczynku – jeśli w tym czasie nic się nie wydarzy, mieliśmy kontynuować diagnostykę.
W tym okresie okazało się również, że moja najbliższa przyjaciółka, będąca w ósmym miesiącu ciąży, zaczęła doświadczać poważnych komplikacji zagrażających jej i dziecku. Pojechaliśmy do niej z wizytą, przekazując jedną z chusteczek św. Gerarda, które mieliśmy. To spotkanie było wyjątkowe. Gdy się zobaczyłyśmy, obie byłyśmy ogromnie poruszone. Trudno było określić, co dokładnie się wydarzyło, ale czułyśmy niezwykłą bliskość. Wyjeżdżając, powiedziałam nawet mężowi, że czułam się jak Maryja spotykająca Elżbietę.
Św. Gerard pomógł mojej przyjaciółce – tydzień później urodziła zdrową córeczkę. Dzień jej porodu, był dniem mojej spodziewanej miesiączki, której nie było, dlatego z lekkim zniechęceniem, zrobiłam test ciążowy. Po tylu negatywnych wynikach bałam się cieszyć tą chwilą. Nie trwało to jednak długo – test pokazał dwie kreski!
Pobiegłam powiedzieć mężowi. Wieczór spędziliśmy we wzruszeniu, wdzięczności i strachu: czy to na pewno prawda? Czy ciąża jest zdrowa? Kolejnego dnia kolejne testy oraz badania z krwi i wizyta u ginekologa potwierdziły, że nasze marzenie stało się rzeczywistością. Wtedy już wiedziałam, że moje odczucia ze spotkania z przyjaciółką były prawdziwe – bo byliśmy już wtedy w ciąży.
Czułam się bardzo pobłogosławiona, bo nie miałam żadnych nieprzyjemnych objawów i mogłam w pełni cieszyć się tym stanem. W dziesiątym tygodniu ciąży nasze życie na chwilę zatrzymało się ze strachu. Trafiłam do szpitala z bardzo wysokim ciśnieniem, co było niebezpieczne zarówno dla mnie, jak i dla dziecka. Pełna paniki zostałam przyjęta na oddział, gdzie lekarka wypowiedziała wiele trudnych słów, a jedno zdanie szczególnie zmiażdżyło moją psychikę: „i tak poronisz”.
W głowie zapadła ciemność. Zaczęłam błagać Boga, aby to nie okazało się prawdą. Napisałam tylko do męża, by przywiózł mi chusteczkę św. Gerarda. Zapłakana trafiłam na badanie USG, podczas którego zobaczyłam nasze maleństwo spokojnie pływające w moim brzuchu, z klatką piersiową unoszącą się dzięki idealnie bijącemu serduszku. Ten widok był jedynym, który mógł mnie wtedy uspokoić.
Spędziliśmy w szpitalu kilka dni. Przez cały ten czas nieustannie nosiłam chusteczkę św. Gerarda na brzuchu, prosząc go, aby – za wszelką cenę, nawet kosztem mojego zdrowia – chronił nasze dziecko. Lekarze codziennie pytali, czy nie krwawię, jakby trochę tego oczekiwali, a jednocześnie dziwili się, że nic takiego się nie dzieje. Bardzo głęboko czułam, że nasze dziecko jest zaopiekowane.
Dodatkowym znakiem było dla mnie to, że naprzeciwko oddziału znajdowała się kaplica -zazwyczaj pusta – w której mogłam wypłakać przed Bogiem każdy strach.
Jakiś czas po wyjściu ze szpitala mieliśmy pierwsze badanie prenatalne. Lekarz bardzo wnikliwie szukał konsekwencji wcześniejszych skoków ciśnienia, zwłaszcza ewentualnych zwężeń tętnic łożyska. Jego zdziwienie było ogromne, gdy okazało się, że absolutnie nic takiego się nie wydarzyło. Wszystko wskazywało na to, że tamto doświadczenie nie wpłynęło w żaden sposób na dziecko, a było jedynie sygnałem ostrzegawczym, dzięki któremu mamy dziś lepszą kontrolę parametrów, a nasze maleństwo rozwija się idealnie.
Pisząc to świadectwo, jesteśmy już w drugim trymestrze ciąży. Za chwilę będziemy w połowie tej drogi. Wciąż trudno nam uwierzyć w to, co się wydarzyło i jak Pan Bóg nas prowadził. Dopiero z perspektywy czasu widzimy, że w wielu momentach, gdy już się poddawaliśmy, św. Gerard w ciszy „załatwiał” sprawy duchowe i życiowe, które musiały się domknąć, a o których nie mieliśmy pojęcia.
Czuję, że to nie jest koniec naszej przygody ze św. Gerardem. Już dziś mogę jednak śmiało powiedzieć, że stał się ważną częścią naszej rodziny. Pomimo naszych emocji i słabości wypełnił to, co (wierzymy) obiecał nam od początku. Za to będziemy mu zawsze wdzięczni, nie zapominając oczywiście o dobrym Bogu.
W taki właśnie sposób mężczyzna z podsufitowego obrazu stał się świętym żywym w życiu moim, mojego męża i naszej rodziny.
Hania i Marcin
