„Boże mój, pragnę umrzeć, aby wykonać Twoją najświętszą wolę”. Ostatnie dni św. Gerarda Majelli

baner 34 – (7)

W nocy z 15 na 16 października 1755 roku, w klasztorze redemptorystów w Caposele, zakończyło się ziemskie życie św. Gerarda Majelli. Miał zaledwie 29 lat, a w Zgromadzeniu Najświętszego Odkupiciela przeżył niespełna pięć i pół roku. Choć jego życie było krótkie, pozostawił po sobie świadectwo niezwykłego zaufania Bogu, pokory i całkowitego oddania Jego woli. W przededniu rocznicy śmierci wspominamy ostatnie chwile świętego, który nawet w cierpieniu potrafił odnajdywać drogę do miłości.

Cierpienie przeżywane z miłości

Święty był przekonany, że zbliża się jego śmierć, i nie ukrywał tego przed braćmi. W październiku 1755 roku, gdy lekarz próbował jeszcze ratować jego życie, Gerard oznajmił, że nadszedł czas, w którym żadne lekarstwa już nie pomogą.

Ostatnie dni przyniosły mu wielkie cierpienia fizyczne i duchowe. Gerard nie traktował ich jednak jako powodu do rozpaczy. Widział w nich możliwość zjednoczenia z cierpiącym Chrystusem. „Ciągle jestem w ranach Chrystusowych, a rany Chrystusowe są we mnie” – powiedział jednemu z kapłanów, który odwiedził go w klasztorze.

Mimo bólu nie chciał obciążać innych swoimi dolegliwościami. Odwiedzających przyjmował z pogodą ducha, a troskę współbraci o swoje zdrowie uważał wręcz za nadmierną. Martwił się nawet kosztami lekarstw, przekonany, że nie zasługuje na tak wiele uwagi. Jego postawa pokazywała, że miłość nie musi wyrażać się w wielkich słowach – może objawiać się również w cierpliwości, wdzięczności i trosce o drugiego człowieka.

„Umieram w pokoju”

W ostatnich godzinach życia Gerard przygotowywał się na spotkanie z Bogiem. Prosił brata Stefana, który się nim opiekował, aby przypominał mu o modlitwie i pomagał wzbudzać akty miłości, skruchy oraz poddania się woli Bożej. Zapytany, czy odczuwa niepokój sumienia, odpowiedział: „Wszystko dla Pana Boga robiłem, we wszystkim Jego widziałem, zawsze mi był obecny, Jego wola była moją wolą; niczego nie pragnąłem, tylko Jego woli, toteż umieram w pokoju”.

15 października, we wspomnienie św. Teresy z Ávili, Gerard przyjął Komunię Świętą jako wiatyk, czyli pokarm na drogę do wieczności. Był głęboko przejęty tą chwilą. Na znak szczególnej czci położył korporał, na którym złożono Najświętszy Sakrament, na swojej piersi i trzymał go aż do śmierci.

Tego dnia zapowiedział współbraciom, że umrze jeszcze przed północą. Prosił także, aby go ubrano i przyniesiono mu książkę, ponieważ chciał odmówić modlitwę za zmarłych i za siebie. W ostatnich godzinach życia powtarzał słowa psalmu pokutnego Miserere („Zmiłuj się nade mną, Boże”), wyrażając głęboką pokorę wobec świętości Boga.

Wieczorem modlił się, wpatrując się w krzyż i wizerunek Matki Bożej. Wzywał imion Jezusa i Maryi, wzbudzał akty wiary, nadziei i miłości. Jego ostatnie chwile były przeniknięte pragnieniem zjednoczenia z Bogiem i całkowitego przyjęcia Jego woli.

Święty Gerard Majella zmarł trzy kwadranse przed godziną pierwszą w nocy, z 15 na 16 października 1755 roku.

Śmierć, która stała się początkiem

Wieść o śmierci Gerarda szybko rozeszła się po Caposele i okolicznych miejscowościach. Do klasztornego kościoła przybywały tłumy ludzi, którzy chcieli po raz ostatni zobaczyć człowieka znanego z dobroci, bezinteresownej pomocy i niezwykłej ufności Bogu. Szczególnie mocno opłakiwali go ubodzy, dla których był opiekunem i dobroczyńcą. Wierni pragnęli zachować po nim choćby drobną pamiątkę.

Dla wspólnoty redemptorystów śmierć młodego brata była bolesną stratą, ale towarzyszyło jej również przekonanie, że zyskali orędownika w niebie. Pamięć o jego życiu, modlitwie i posłudze zaczęła żyć w sercach kolejnych pokoleń.

W przeddzień rocznicy jego śmierci warto powrócić do świadectwa św. Gerarda. Nie był kapłanem ani człowiekiem, który szukał uznania. Był bratem redemptorystą, zakonnikiem który pragnął wiernie wypełniać wolę Bożą w codzienności – także wtedy, gdy wiązało się to z niezrozumieniem i cierpieniem.

Postawa ostatnich dni jego życia przypomina, że świętość nie polega na braku trudności, lecz na zaufaniu, które pozwala przejść przez nie z Bogiem. Gerard odchodził z tego świata w przekonaniu, że całe jego życie należało do Pana. I właśnie to całkowite zawierzenie pozostaje jednym z najważniejszych darów, jakie zostawił tym, którzy dziś proszą go o wstawiennictwo.

Przewijanie do góry